wtorek, 21 kwietnia 2020

Defetysta na głodzie




Antynatalizm.


Za sprawę trzeba się brać z grubszego szczebla. Odrzucając po kolei sferę rzeczy która może nam zakłócić spokój wolnego myślenia. Zamienię się dziś w Defetystę na Głodzie, człowieka, który będąc najedzonym, spokojnym o swe jutro machając palcem ku górze – zabronię się rodzić. Odrzucę rozważania o naturze człowieka, o naturze bogów, lub boga. (Celowo używam małych liter by pozbyć się argumentów o tym, że mogę stać za którąś z opcji). Zacznijmy wyjaśniać – tezę postawię taką: (choć korciło mnie by zacząć od słów: „Nie znamy celu naszego gatunku” – to podupadłam w letarg wpatrzona gdzieś w dal, za okno i na ludzi w maskach. Wspaniały czas aby się na tym pochylić.) Idźmy w Tezę 1, nie z perspektywy słów: „Chcę posiadać dziecko”, ale z perspektywy dziecka.
"Bydło dobrze sypia
Spokojnie przeżuwa trawę
nie wie, że jutro...
ich cielątko trafi do rzeźni...
lub na inną arenę...
może się nie przejmuje...
ty także nie przejmujesz
losem swoich dzieci?..."
Gdybyśmy poznali całe życie, ale nie swoje, nie drogę która nas czeka. Ale życie z całym ogromem cierpienia, z całym swym workiem rzeczy które mogły by nas czekać, od śmierci ludzi których kochać możemy, patrząc na fakt jak gasną. Poprzez sprawy bezlitosne jak głód, wojny, choroby… rzeczy na które nie mamy wpływu, czy wtedy ktoś z nas zdecydowałby się na „żyć?”. To pęd ku rozpaczy. To programowanie ciała, za ciałem, branie oddechów by ku końcowi, wydobyć z siebie ostatnie tchnienie. Kiedy jest cierpienie (powalczę trochę, bawiąc się obrazami) – kiedy jest cierpienie, nie ma przyjemności. Wyobraźmy sobie, linię. Tą linią niech zostanie cierpienie, postaw tu proszę na słowie: „cierpienie” , jakieś zdarzenie. Wiedz, że to zdarzenie zostanie z tobą dłużej niż chwila szczęścia. Ta linia, jest wyznacznikiem… i tak idziesz po niej, na tej linii zakreślić jedynie możesz małymi, drobnymi znacznikami pionowymi rzeczy z których możesz być zadowolony, lub bywałeś szczęśliwy. Przyjemność jest chwilą. Przeżuwasz trawę… a linia jest drogą do rzeźni. Zatem… czy dalej chcesz iść w „żyć”?
Teza 2. „Niemożliwe jest stworzenie człowieka dla jego własnego dobra” – i wlazł mi do pokoju człek – I. Kant („Miejcie odwagę posługiwać się własnym rozumem”) idźmy zatem dalej. Samo mówienie o tym, że człowiek posiada potomstwo; wcześniej nie chciałam użyć tej tezy, właściwie zamknął by się temat: „Nie znamy celu naszego gatunku”, nie żebyśmy znali cele innych gatunków, ale należy zwrócić uwagę na fakt, istnienia świata w jakieś harmonii. Przykłady tej harmonii można mnożyć: góry, doliny, doły, deszcz, słońce, dzień, noc. Istnienie gatunków zwierząt, tak różnych, tak odległych, ale łączy je jedna spójna nić- wszystko wydaje się mieć sens, nie jest przypadkiem (poza szerszeniami, tego pojąc mój umysł nie może, jakże to latające, przeraźliwe chroboczące… gówno- nie o tym)
Nie jest przypadkiem i działa wytrwale ze sobą, przedłużając tej harmonii linię dalej i dalej. Cel gatunku?


Wypowiesz?

Mienie dziecka można tłumaczyć 1. Ekonomią: emerytury (ktoś na nas zarobić musi), 500+ czy inne krzyczące chorobliwie teksty reklamujące parzenie się w sypialniach. 2. Kulturą: „Przecież o to w tym chodzi. Seks seksem, ale inni mają to czemu my nie mamy?”, „No tak jest, ale ktoś szklankę na starość musi mi podać”. Znajome słowa? 3. Religią: choć przecież nieoddawana wiadomo, że kobiety w domach to wymysł religijnych przywódców (bowiem, wojny religijne to ulubiony mój temat) aby wyznawców było jak najwięcej. „ Idźcie i rozmnażajcie się”. 4. Popęd. Owszem, ale instynkt niekoniecznie łączy się z potomstwem. 5. Dodałabym, że jest jeszcze przymus kulturowo- religijno- ekonomiczny, ale każdy myślący człowiek już wie jak, tę myśl rozwinąć dalej. 5. Miłość – tak, też ale czy to nie egoizm? Dziecko tylko dla mnie, jako coś mojego, ze mnie. „Jeżeli zatem ktoś mówi, że prokreuje z miłości tak, jak inni zabijają z nienawiści, może mówić prawdę, niemniej jednak jest jasne, że ta osoba nie podaje w ten sposób żadnego moralnego uzasadnienia dla prokreacji. Mówienie, że tworzy się dziecko „z miłości” jest niczym innym jak powiedzeniem, że tworzy się je w sposób kompulsywny, dając się ponieść dzikim rytmom życia. Na podobnej zasadzie, możemy bardzo kochać naszych rodziców, a jednocześnie uznawać rodzicielstwo za etycznie problematyczne i widzieć to, że zostaliśmy przez nich wykorzystani.”

Teza 3

„Skoro nie umiemy żyć dobrym życiem, powinniśmy z niego zrezygnować w ogóle”. Jakim gatunkiem tak globalnie jesteśmy? Poza tym, że w żadnej mierze, nie powodujemy lepszej egzystencji ani dla siebie ani dla innych? Ziemia targana wojnami i ciągłym syfem który się z nas wylewa, potokiem od dziesięcioleci. Przez te słowa spadła nie jedna jodła czy dąb. Nie będę powielać wiedzy, którą już mamy. Jakim my durnym, pełnym paradoksów gatunkiem jesteśmy? Kiedyś dostęp do wiedzy był nikły, lub rzadki. Dziś powszechny i osiągalny, a ludzie: „szukają pokemonów przez internet”. Durny!

Teza 4.

…chodzi o sam sens istnienia. Zapewne dziecko czyni, mnie jako sprawcę Jego, że moje życie nabiera sensu bo Ono jest, dla niego żyje to może napędzać. To jest ten pierwiastek, chronić potomstwo. „ Nie trzeba uważać, że zaistnienie jest zawsze w ostatecznym rozrachunku krzywdą, by popierać antynatalizm; wystarczy uważać, że moralnie problematyczne jest powodowanie poważnych, możliwych do uniknięcia krzywd innych bez ich zgody.” Ale czy to Ono, to zauważy?.




niedziela, 16 września 2018

2:44


W opłakanym stanie jest każdy duch, kiedy napić się musi. To pewien rodzaj nieustannego głodu, który próbujesz zaspokoić. Najpierw pojawia się myśli, którą wszyscy doskonale znają… kontrola. Proces w którym wlewanie w siebie procentu jest doskonały, on jedynie służy twojej ucieczce, rozluźnieniu, przecież „ to się mi należy”
A później tydzień ginie, proces się pojawia na nowo. Jakaż jest różnica między piciem codziennym, a piciem w weekend?
Żadna.
Jedni piją do odcięcia się, a to jest absolutnie genialna metoda. Pojmie zapewne ją tylko ten, kto doświadczył tego głodu, tej radości tuż przed. Zwykle zaczyna się to : niewinnym dążeniem do totalnego rozluźnienia. Po raz kolejny – pojawia się magiczne słowo kontrola. To jest słowo klucz dla każdej z pijanych dusz. Nam się zawsze wydaje, że stadia faz są czytelne, że się decyduje o wszystkim. Jakże to płomienne, i naiwne „wydaje się”. Ta celebracja chwili, nadawanie ideologii alkoholom, te opowiastki o tych alkoholach, te radosne chwile, jak ludzie mówią: „ nie, nie wiedziałem, że to, że tamto…” a ty zwyczajnie brylujesz do momentu odcięcia się. To jest ta faza…. Końcowa.
Ileż trzeba wypić, ileż lat…? By tak z sentymentem się z tym nie zgodzić?
Zawsze sobie mówiłam „ daj spokój, jesteś żulem, ale z klasą”. Nie jestem żulem z klasą. Wybiegam z domu, uciekam z chat by się napić. Nie mam jeszcze fazy na odcięcie się, mam fazę, na zabawne chwile.
Nauczyłam się pić sama. Zupełnie. Często śmieje się sama do siebie „ mam najlepsze imprezy, sama ze sobą, z najlepszą ścieżką dźwiękową, nic nie muszę….”
„ jak Ci zacznie wódka smakować to masz przejebane” mnie wódka nigdy nie smakowała, pokochałam ją zupełnie przypadkiem. Imponował mi fakt, że ze szklanki można pić. Dziś pije z butelki, szklanki są za słabe, za małe, i takie że się ich myć musi.
Zabawne?
Ostatnia miłość- whisky. O niej kiedyś. Jeszcze wódki nie skończyłam.
a.

piątek, 1 stycznia 2016

pesymistą się po prostu jest

Każdy ma w sobie poczucie osamotnienia, nawet jeśli nie jest to ciągłe, jak np. ból zęba (jeden z nielicznych bólów na które rzesze ludzi się powołuje). Podobnie, że pozwolę moim myślą płynąć jest z poczuciem szczęścia, nie da się być szczęśliwym cały czas, właściwie jest to stan, który dosiąga nas znienacka, mimo faktu, że ciężko się na poczucie szczęścia pracowało. O samym szczęściu może kiedy indziej, bo to dość ciekawe zagadnienie. Wydaje mi się, że poczcie osamotnienia narasta z wiekiem. Nabywamy go po przez doświadczenie. Nie chodzi mi to odczucie, które zwykle można nazwać pustym pokojem i kieliszkiem wódki ( dla mnie akurat jest to wyraz najwyższego szczęścia) Mówię o takim poczuciu osamotnienia, kiedy wszystko co jest wokoło nas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, to stan w którym jest nam wszystko jedno. Gdyby iść w spór czy istnienie coś takiego jak „współodczuwanie” odpowiadam, że nie. Nigdy czuć nie będziesz tego co ja. Możemy nazwać coś  umownie używając tych samych słów, kierując palec na te same rzeczy, ale one są nam zupełnie inne. Nie mówię też o samotności, którą teraz zwłaszcza w tym okresie się najmocniej odczuwa. Jeśli ktoś odczuwa samotność na tyle silną, że przez nią czuje się nieszczęśliwy, zalecam napisanie do mnie maila. Wracając do osamotnienia. Owszem można czuć się wyobcowanym przez innych z powodu wszelakich inność, zazwyczaj zakładam mienie takiego stanu daleko w poważaniu, nigdy nie dziel i nie mów o swojej wartości przez pryzmat tego faktu, że ktoś wyklucza kogoś z powodu inności, czyniąc tę osobę od siebie gorszą. Oczywiście nie popadając w skrajności, idąc prostą myślą są od nas gorsi i są lepsi, zakładam, że tych drugich jest więcej. Codziennie dokonujemy porównań a tym samym i wyborów. Między gorszym, a lepszym to naturalna kolei rzeczy i sztuki przetrwania. Ale osamotnienie jest silnym i wyraźnym stanem w który każdy z nas popada z wiekiem, może właśnie dlatego, że doświadczenie które jest ładowane do naszego plecaka uczy nas czego częściej unikać?  Ale bo to zgoła inna rzecz. Osamotnienie bywa twórcze, jeśli założymy że jest to stan o zabarwieniu negatywnym, a jak mistrzowie mawiali z „ ból jest pięknem tworzenia” zatem dobrze jest odczuwać ten stan. Choć ta negatywność przy dłuższym zastanowieniu nabiera dźwięków szalenie pozytywnych. Zmierzam do czegoś wyrywając myślą szpilki z mapy, którą próbuję obrazować. Świat się skurczył, technologia powoduje, że świat się skurczył. Tak, wszyscy wiemy, że możemy robić zakupy w sieci, niemalże standardem jest fakt, że poznajemy się przez małe ekrany, duże ekrany, profile na rozmaitych portalach i jeśli jest to cudo techniki, sama przyznaje, że nie znałabym tyle osób, ale jeśli to jest cud techniki…. To myślę, że ten cud techniki zamiast nas zbliżyć do siebie to mocno oddalił. Poczucie osamotnienia wzrasta, jakkolwiek to absurdalnie brzmi, staliśmy się powierzchowni, mniej słowni. I mamy sobie coraz mniej dopowiedzenia, nawet jeśli rozmawiamy ze sobą kilka godzin wymieniając się tekstami. Technologia w tej kwestii idealnie zabiła moc zbliżeń ze sobą ludzi. Wiem, że maluje obraz czarny jak podeszwa moich butów, bo codziennie padam ofiarą Internetu, z chęcią kiedyś napisze o zgubnym wpływie na nasze ego niektórych portali społecznościowych. Jeśli ktoś widział WALL.E (bajka dla dzieci) wie doskonale, że taki scenariusz jest możliwy i wcale nie mam namyśli zagłady ziemi, ale tego w jaki sposób pokazany jest człowiek.  

niedziela, 27 grudnia 2015

o tym dlaczego martwią mnie braki przecinków w smsach i mailach, oraz pominięcie polskich znaków

Są rzeczy które zachwycają mnie ponad wszystko. Choć określenie ponad wszystko jest niestety zgubne. Bo daje mi pewność, że nigdy poza tym już mnie nic nie zachwyci. A za krótko żyje na tym podole, żeby nie oczekiwać. Nie polecam nikomu pewności, pewność daje złudne wrażenie bezpieczeństwa. Czyni nas niegotowymi. Niby okopy bywają bezpieczne, ale jeśli dupnie w nie potężna kula armatnia, nasza agonia odbywa się w nie lada zdziwieniu. Albo przykład z walcem jest dobry, kto zna pamięta końcowe stwierdzenie : „Panie, Panie to był moment”.
Sztuką właściwie jest dziś wszystko. To stwierdzenie winno przyprawić o smutek i rzeczywiście jest to smutne. Będąc w Polsce miałam okazje odwiedzić kilka skromnych wystaw, jak i tych nieskromnych, gdzie artyści w coraz to dziwniejszych pozach próbowali widzów natchnąć swoją marną  transcendentalną, co ja też mówię, marną próbą wyrażenia czegoś ponad coś. Zmartwiły mnie stosy drutów i pustych palet, o rozłożenie ramion (opadające witki) płótna bez sensu maźniętych twarzy. Kondycja sztuki jest starą tancerką w za dużych butach, z obwisłymi cyckami, z makijażem i botoxem. Martwi mnie kondycja psychiczna ludzi, którzy piszą poematy zachwytu nad tymi wytworami alkoholowych jaźni. Martwi mnie rzeczywistość, która nie mnoży wybitnych umysłów. Nie rozumiem słowa postęp, kiedy to słowo NIE jest rzeczywistym postępem, ale czyni nas ono jedynie ludźmi ubogimi. Zabieramy sobie sami wyobraźnie…. Czyniąc świat technologicznie posuniętym. Martwi mnie powierzchowność i brak zadawania sobie pytań. Wrażliwość dyktuje wiedza i światopogląd oraz część chowu i domu z którego się wywodzimy, ale to podlega pod doświadczenie. Dawniej wzruszały mnie filmy pełne romantycznych scen, dziś patrzę na nie jako wytwór beznadziejnej naiwności.
Zdaje sobie sprawę, jeśli chcemy mówić o rzeczach pięknych winniśmy zaspokoić najpierw swoje ziemskie potrzeby by móc oderwać swój umysł i szybować w poszukiwaniu piękna. Trudno jest zachwycać się choćby ulicznym malunkiem murowym, jeśli troska o byt nas na tyle poniewiera, że dostrzegamy jedynie głód naszych portfeli.
Zatem czy piękno nie jest ogólnie dostępne? Czy poszukiwanie Piękna jest tylko dla wybranych i poszukujących? Przychodzi mi czasem mówić o poezji, przychodzi mi czasem pisać o poezji, ale czytuje ją z nabożną troską o detale. Bywałam na nocnych czytaniach, wieczorkach gdzie ludzie szabelkami argumentów kłócili się na temat kto większym poetą jest.  Zazwyczaj były to nadęte bufony, lub kobiety o nikłych szansach na wysłuchanie w domach. Było paru hipisów, ale nikt z nich nie szukał tej, lub tego czynnika odpowiedzialnego za Piękno owych słów, obojętnie czyich.
Zgubi nas kiedyś powierzchowność, pęd ku piątkowi i najebka w knajpie. 

środa, 27 listopada 2013

to była różowa śmierć.

O poranku, właściwie, człek jedynie myśli o drzemce, ma nadzieję, że może to jednak sobota. Ma nadzieję, że nie musi wstawać. Ma nadzieję, że ktoś uklepie śniadanie… Tak winien być poranek. Niestety mój taki nie był.
Gdzieś między piątą, a szóstą rano, moje uszy poruszył dziwny dźwięk, dobiegający z czeluści przedpokoju. Zignorowałam go zapadając w kolejną drzemkę. Ten dźwięk się powtórzył, tylko tym razem jego nasilenie było znaczne. Potrafiłam już zinterpretować owe dźwięki. To był kot! W szaleńczej gonitwie, tylko za czym? O tym miałam się przekonać zaraz po tym, jak to coś, wpadło do mojej sypialni. Minąwszy psa w kojcu, który poderwał się na cztery łapy ( prędzej ze strachu niż ciekawości) wpadło to, ku mojemu przerażeniu, pod łóżko, za tym kot. Oświeciwszy siebie, światłem jak i zaistniałą sytuację.  Dostrzegłam małe stworzonko, potocznie zwaną polną myszą. Ah małe to było, takie ładne oczka miało, wyrażały przerażenie, panikę. Rozkruszyło moje serce. Zapewniam, że tylko moje. Kot, czynił wszystko aby owe biedne stworzenie, pozbawić życia, pogruchotać wszystkie kości. Dołączył się i pies, uradowany, że w domu nowy lokator, przecież ten pies nawet roztoczom się kłania w pas. W sumie mnie ta mysz, jakoś nie pozbawiła radości poranka, ale widziałam, że jej koniec jest bliski. Zasmuciło mnie to, wypowiedziałam głośne „o kurwa!” rzuciłam się pędem do drugiej sypialni, gdzie Pani Lucy mieszka, pewnie w tym czasie śniła o jakimś mordzie, wszakże lubi;) Mówię ledwo dysząc : „ Mysz mamy, znowu mamy, zrób coś!”, w odpowiedzi słyszę, zaspane : „dobra, dobra, tylko się ubiorę” . Wypadła Lucy z sypialni, dodam, że w różowym szlafroku, myślę sobie: ‘ mysz umrze, a śmierć jej będzie różowa’. Więc i ja, za Lucy gnam do  swojej sypialni. Lucy pod drodze, zabrała ze sobą dość pokaźnych, rozmiarów kołek drewniany, zdążyłam przełknąć ślinę z przerażenia.  Myślę sobie ‘kołkiem ją, życia pozbawi”. Na twarzy Lucy, widziałam pełne skupienie, ocenia sytuacje, kalkuluje i mówi, właściwie nie mówi, to były prawie komendy : „Zabierz psa, daj coś, trzeba uszczelnić drzwi, żeby nie uciekła, zamknij drzwi za sobą i resztę drzwi też pozamykaj w razie gdyby się wymknęła” . Zamknęłam drzwi. Nasłuchuje, pies też, jakieś głuche strzały czegoś, bliżej nieokreślonego dobiegało do mnie. Zaczęłam rozważać los tej myszy, nigdy nie ma tak, że nie ma czasu na analizę, rozważania. Dumam nad tym losem, że ona może ma rodzinę, dom, patrzę na psa, pies sobie liże dupę, tak mnie natchnęło, a pies sobie dupę liże! Okrutny zwierz, tam śmierć za drzwiami. A tu taka ignorancja. Nagle bach! Jejku, moja lampka spadła, Lucy działa, pewnie z kotem ją zagania w jakiś róg, drugie lżejsze bach! Hmm moje książki? Nieważne… teraz coś tam bliżej drzwi… i słyszę Lucy jak krzyczy „ Kurwa w tym domu nawet na kota nie można liczyć!” to był chyba świst, i wielkie potężne jeb… Wiedziałam, że to się stało…ostatnią rzeczą jaką widziała mysz, tuż przed wejściem na „zieloną milę” był róż szlafroka i cień kołka.


Aż zagram za jej małą duszyczką : http://www.youtube.com/watch?v=ztPvDv8LVg8