pijam tylko coś powyżej 40%
zastrzegam sobie prawo do bycia dupkiem
wtorek, 21 kwietnia 2020
Defetysta na głodzie
Antynatalizm.
Za sprawę trzeba się brać z grubszego szczebla. Odrzucając po kolei sferę rzeczy która może nam zakłócić spokój wolnego myślenia. Zamienię się dziś w Defetystę na Głodzie, człowieka, który będąc najedzonym, spokojnym o swe jutro machając palcem ku górze – zabronię się rodzić. Odrzucę rozważania o naturze człowieka, o naturze bogów, lub boga. (Celowo używam małych liter by pozbyć się argumentów o tym, że mogę stać za którąś z opcji). Zacznijmy wyjaśniać – tezę postawię taką: (choć korciło mnie by zacząć od słów: „Nie znamy celu naszego gatunku” – to podupadłam w letarg wpatrzona gdzieś w dal, za okno i na ludzi w maskach. Wspaniały czas aby się na tym pochylić.) Idźmy w Tezę 1, nie z perspektywy słów: „Chcę posiadać dziecko”, ale z perspektywy dziecka.
"Bydło dobrze sypia
Spokojnie przeżuwa trawę
nie wie, że jutro...
ich cielątko trafi do rzeźni...
lub na inną arenę...
może się nie przejmuje...
ty także nie przejmujesz
losem swoich dzieci?..."
Gdybyśmy poznali całe życie, ale nie swoje, nie drogę która nas czeka. Ale życie z całym ogromem cierpienia, z całym swym workiem rzeczy które mogły by nas czekać, od śmierci ludzi których kochać możemy, patrząc na fakt jak gasną. Poprzez sprawy bezlitosne jak głód, wojny, choroby… rzeczy na które nie mamy wpływu, czy wtedy ktoś z nas zdecydowałby się na „żyć?”. To pęd ku rozpaczy. To programowanie ciała, za ciałem, branie oddechów by ku końcowi, wydobyć z siebie ostatnie tchnienie. Kiedy jest cierpienie (powalczę trochę, bawiąc się obrazami) – kiedy jest cierpienie, nie ma przyjemności. Wyobraźmy sobie, linię. Tą linią niech zostanie cierpienie, postaw tu proszę na słowie: „cierpienie” , jakieś zdarzenie. Wiedz, że to zdarzenie zostanie z tobą dłużej niż chwila szczęścia. Ta linia, jest wyznacznikiem… i tak idziesz po niej, na tej linii zakreślić jedynie możesz małymi, drobnymi znacznikami pionowymi rzeczy z których możesz być zadowolony, lub bywałeś szczęśliwy. Przyjemność jest chwilą. Przeżuwasz trawę… a linia jest drogą do rzeźni. Zatem… czy dalej chcesz iść w „żyć”?
Teza 2. „Niemożliwe jest stworzenie człowieka dla jego własnego dobra” – i wlazł mi do pokoju człek – I. Kant („Miejcie odwagę posługiwać się własnym rozumem”) idźmy zatem dalej. Samo mówienie o tym, że człowiek posiada potomstwo; wcześniej nie chciałam użyć tej tezy, właściwie zamknął by się temat: „Nie znamy celu naszego gatunku”, nie żebyśmy znali cele innych gatunków, ale należy zwrócić uwagę na fakt, istnienia świata w jakieś harmonii. Przykłady tej harmonii można mnożyć: góry, doliny, doły, deszcz, słońce, dzień, noc. Istnienie gatunków zwierząt, tak różnych, tak odległych, ale łączy je jedna spójna nić- wszystko wydaje się mieć sens, nie jest przypadkiem (poza szerszeniami, tego pojąc mój umysł nie może, jakże to latające, przeraźliwe chroboczące… gówno- nie o tym)
Nie jest przypadkiem i działa wytrwale ze sobą, przedłużając tej harmonii linię dalej i dalej. Cel gatunku?
Wypowiesz?
Mienie dziecka można tłumaczyć 1. Ekonomią: emerytury (ktoś na nas zarobić musi), 500+ czy inne krzyczące chorobliwie teksty reklamujące parzenie się w sypialniach. 2. Kulturą: „Przecież o to w tym chodzi. Seks seksem, ale inni mają to czemu my nie mamy?”, „No tak jest, ale ktoś szklankę na starość musi mi podać”. Znajome słowa? 3. Religią: choć przecież nieoddawana wiadomo, że kobiety w domach to wymysł religijnych przywódców (bowiem, wojny religijne to ulubiony mój temat) aby wyznawców było jak najwięcej. „ Idźcie i rozmnażajcie się”. 4. Popęd. Owszem, ale instynkt niekoniecznie łączy się z potomstwem. 5. Dodałabym, że jest jeszcze przymus kulturowo- religijno- ekonomiczny, ale każdy myślący człowiek już wie jak, tę myśl rozwinąć dalej. 5. Miłość – tak, też ale czy to nie egoizm? Dziecko tylko dla mnie, jako coś mojego, ze mnie. „Jeżeli zatem ktoś mówi, że prokreuje z miłości tak, jak inni zabijają z nienawiści, może mówić prawdę, niemniej jednak jest jasne, że ta osoba nie podaje w ten sposób żadnego moralnego uzasadnienia dla prokreacji. Mówienie, że tworzy się dziecko „z miłości” jest niczym innym jak powiedzeniem, że tworzy się je w sposób kompulsywny, dając się ponieść dzikim rytmom życia. Na podobnej zasadzie, możemy bardzo kochać naszych rodziców, a jednocześnie uznawać rodzicielstwo za etycznie problematyczne i widzieć to, że zostaliśmy przez nich wykorzystani.”
Teza 3
„Skoro nie umiemy żyć dobrym życiem, powinniśmy z niego zrezygnować w ogóle”. Jakim gatunkiem tak globalnie jesteśmy? Poza tym, że w żadnej mierze, nie powodujemy lepszej egzystencji ani dla siebie ani dla innych? Ziemia targana wojnami i ciągłym syfem który się z nas wylewa, potokiem od dziesięcioleci. Przez te słowa spadła nie jedna jodła czy dąb. Nie będę powielać wiedzy, którą już mamy. Jakim my durnym, pełnym paradoksów gatunkiem jesteśmy? Kiedyś dostęp do wiedzy był nikły, lub rzadki. Dziś powszechny i osiągalny, a ludzie: „szukają pokemonów przez internet”. Durny!
Teza 4.
…chodzi o sam sens istnienia. Zapewne dziecko czyni, mnie jako sprawcę Jego, że moje życie nabiera sensu bo Ono jest, dla niego żyje to może napędzać. To jest ten pierwiastek, chronić potomstwo. „ Nie trzeba uważać, że zaistnienie jest zawsze w ostatecznym rozrachunku krzywdą, by popierać antynatalizm; wystarczy uważać, że moralnie problematyczne jest powodowanie poważnych, możliwych do uniknięcia krzywd innych bez ich zgody.” Ale czy to Ono, to zauważy?.
niedziela, 16 września 2018
2:44
W opłakanym stanie jest każdy duch, kiedy napić się musi. To pewien rodzaj
nieustannego głodu, który próbujesz zaspokoić. Najpierw pojawia się myśli,
którą wszyscy doskonale znają… kontrola. Proces w którym wlewanie w siebie
procentu jest doskonały, on jedynie służy twojej ucieczce, rozluźnieniu,
przecież „ to się mi należy”
A później tydzień ginie, proces się pojawia na nowo. Jakaż jest różnica
między piciem codziennym, a piciem w weekend?
Żadna.
Jedni piją do odcięcia się, a to jest absolutnie genialna metoda. Pojmie
zapewne ją tylko ten, kto doświadczył tego głodu, tej radości tuż przed. Zwykle
zaczyna się to : niewinnym dążeniem do totalnego rozluźnienia. Po raz kolejny –
pojawia się magiczne słowo kontrola. To jest słowo klucz dla każdej z pijanych
dusz. Nam się zawsze wydaje, że stadia faz są czytelne, że się decyduje o
wszystkim. Jakże to płomienne, i naiwne „wydaje się”. Ta celebracja chwili,
nadawanie ideologii alkoholom, te opowiastki o tych alkoholach, te radosne
chwile, jak ludzie mówią: „ nie, nie wiedziałem, że to, że tamto…” a ty
zwyczajnie brylujesz do momentu odcięcia się. To jest ta faza…. Końcowa.
Ileż trzeba wypić, ileż lat…? By tak z sentymentem się z tym nie zgodzić?
Zawsze sobie mówiłam „ daj spokój, jesteś żulem, ale z klasą”. Nie jestem
żulem z klasą. Wybiegam z domu, uciekam z chat by się napić. Nie mam jeszcze
fazy na odcięcie się, mam fazę, na zabawne chwile.
Nauczyłam się pić sama. Zupełnie. Często śmieje się sama do siebie „ mam
najlepsze imprezy, sama ze sobą, z najlepszą ścieżką dźwiękową, nic nie
muszę….”
„ jak Ci zacznie wódka smakować to masz przejebane” mnie wódka nigdy nie
smakowała, pokochałam ją zupełnie przypadkiem. Imponował mi fakt, że ze
szklanki można pić. Dziś pije z butelki, szklanki są za słabe, za małe, i takie
że się ich myć musi.
Zabawne?
Ostatnia miłość- whisky. O niej kiedyś. Jeszcze wódki nie skończyłam.
a.
piątek, 1 stycznia 2016
pesymistą się po prostu jest
Każdy ma w sobie poczucie osamotnienia, nawet jeśli nie jest to ciągłe, jak
np. ból zęba (jeden z nielicznych bólów na które rzesze ludzi się powołuje).
Podobnie, że pozwolę moim myślą płynąć jest z poczuciem szczęścia, nie da się
być szczęśliwym cały czas, właściwie jest to stan, który dosiąga nas znienacka,
mimo faktu, że ciężko się na poczucie szczęścia pracowało. O samym szczęściu
może kiedy indziej, bo to dość ciekawe zagadnienie. Wydaje mi się, że poczcie
osamotnienia narasta z wiekiem. Nabywamy go po przez doświadczenie. Nie chodzi
mi to odczucie, które zwykle można nazwać pustym pokojem i kieliszkiem wódki (
dla mnie akurat jest to wyraz najwyższego szczęścia) Mówię o takim poczuciu
osamotnienia, kiedy wszystko co jest wokoło nas przestaje mieć jakiekolwiek
znaczenie, to stan w którym jest nam wszystko jedno. Gdyby iść w spór czy
istnienie coś takiego jak „współodczuwanie” odpowiadam, że nie. Nigdy czuć nie
będziesz tego co ja. Możemy nazwać coś umownie
używając tych samych słów, kierując palec na te same rzeczy, ale one są nam
zupełnie inne. Nie mówię też o samotności, którą teraz zwłaszcza w tym okresie
się najmocniej odczuwa. Jeśli ktoś odczuwa samotność na tyle silną, że przez
nią czuje się nieszczęśliwy, zalecam napisanie do mnie maila. Wracając do
osamotnienia. Owszem można czuć się wyobcowanym przez innych z powodu
wszelakich inność, zazwyczaj zakładam mienie takiego stanu daleko w poważaniu,
nigdy nie dziel i nie mów o swojej wartości przez pryzmat tego faktu, że ktoś
wyklucza kogoś z powodu inności, czyniąc tę osobę od siebie gorszą. Oczywiście
nie popadając w skrajności, idąc prostą myślą są od nas gorsi i są lepsi,
zakładam, że tych drugich jest więcej. Codziennie dokonujemy porównań a tym
samym i wyborów. Między gorszym, a lepszym to naturalna kolei rzeczy i sztuki
przetrwania. Ale osamotnienie jest silnym i wyraźnym stanem w który każdy z nas
popada z wiekiem, może właśnie dlatego, że doświadczenie które jest ładowane do
naszego plecaka uczy nas czego częściej unikać? Ale bo to zgoła inna rzecz. Osamotnienie bywa
twórcze, jeśli założymy że jest to stan o zabarwieniu negatywnym, a jak
mistrzowie mawiali z „ ból jest pięknem tworzenia” zatem dobrze jest odczuwać
ten stan. Choć ta negatywność przy dłuższym zastanowieniu nabiera dźwięków szalenie
pozytywnych. Zmierzam do czegoś wyrywając myślą szpilki z mapy, którą próbuję
obrazować. Świat się skurczył, technologia powoduje, że świat się skurczył. Tak,
wszyscy wiemy, że możemy robić zakupy w sieci, niemalże standardem jest fakt,
że poznajemy się przez małe ekrany, duże ekrany, profile na rozmaitych portalach
i jeśli jest to cudo techniki, sama przyznaje, że nie znałabym tyle osób, ale
jeśli to jest cud techniki…. To myślę, że ten cud techniki zamiast nas zbliżyć
do siebie to mocno oddalił. Poczucie osamotnienia wzrasta, jakkolwiek to
absurdalnie brzmi, staliśmy się powierzchowni, mniej słowni. I mamy sobie coraz
mniej dopowiedzenia, nawet jeśli rozmawiamy ze sobą kilka godzin wymieniając
się tekstami. Technologia w tej kwestii idealnie zabiła moc zbliżeń ze sobą
ludzi. Wiem, że maluje obraz czarny jak podeszwa moich butów, bo codziennie
padam ofiarą Internetu, z chęcią kiedyś napisze o zgubnym wpływie na nasze ego
niektórych portali społecznościowych. Jeśli ktoś widział WALL.E (bajka dla
dzieci) wie doskonale, że taki scenariusz jest możliwy i wcale nie mam namyśli
zagłady ziemi, ale tego w jaki sposób pokazany jest człowiek.
niedziela, 27 grudnia 2015
o tym dlaczego martwią mnie braki przecinków w smsach i mailach, oraz pominięcie polskich znaków
Są rzeczy które zachwycają mnie ponad wszystko. Choć określenie ponad wszystko
jest niestety zgubne. Bo daje mi pewność, że nigdy poza tym już mnie nic nie zachwyci.
A za krótko żyje na tym podole, żeby nie oczekiwać. Nie polecam nikomu
pewności, pewność daje złudne wrażenie bezpieczeństwa. Czyni nas niegotowymi.
Niby okopy bywają bezpieczne, ale jeśli dupnie w nie potężna kula armatnia,
nasza agonia odbywa się w nie lada zdziwieniu. Albo przykład z walcem jest
dobry, kto zna pamięta końcowe stwierdzenie : „Panie, Panie to był moment”.
Sztuką właściwie jest dziś wszystko. To stwierdzenie winno przyprawić o
smutek i rzeczywiście jest to smutne. Będąc w Polsce miałam okazje odwiedzić
kilka skromnych wystaw, jak i tych nieskromnych, gdzie artyści w coraz to dziwniejszych
pozach próbowali widzów natchnąć swoją marną transcendentalną, co ja też mówię, marną próbą
wyrażenia czegoś ponad coś. Zmartwiły mnie stosy drutów i pustych palet, o
rozłożenie ramion (opadające witki) płótna bez sensu maźniętych twarzy. Kondycja
sztuki jest starą tancerką w za dużych butach, z obwisłymi cyckami, z makijażem
i botoxem. Martwi mnie kondycja psychiczna ludzi, którzy piszą poematy zachwytu
nad tymi wytworami alkoholowych jaźni. Martwi mnie rzeczywistość, która nie
mnoży wybitnych umysłów. Nie rozumiem słowa postęp, kiedy to słowo NIE jest
rzeczywistym postępem, ale czyni nas ono jedynie ludźmi ubogimi. Zabieramy
sobie sami wyobraźnie…. Czyniąc świat technologicznie posuniętym. Martwi mnie powierzchowność
i brak zadawania sobie pytań. Wrażliwość dyktuje wiedza i światopogląd oraz część
chowu i domu z którego się wywodzimy, ale to podlega pod doświadczenie. Dawniej
wzruszały mnie filmy pełne romantycznych scen, dziś patrzę na nie jako wytwór
beznadziejnej naiwności.
Zdaje sobie sprawę, jeśli chcemy mówić o rzeczach pięknych winniśmy
zaspokoić najpierw swoje ziemskie potrzeby by móc oderwać swój umysł i szybować
w poszukiwaniu piękna. Trudno jest zachwycać się choćby ulicznym malunkiem
murowym, jeśli troska o byt nas na tyle poniewiera, że dostrzegamy jedynie głód
naszych portfeli.
Zatem czy piękno nie jest ogólnie dostępne? Czy poszukiwanie Piękna jest
tylko dla wybranych i poszukujących? Przychodzi mi czasem mówić o poezji,
przychodzi mi czasem pisać o poezji, ale czytuje ją z nabożną troską o detale. Bywałam
na nocnych czytaniach, wieczorkach gdzie ludzie szabelkami argumentów kłócili
się na temat kto większym poetą jest. Zazwyczaj były to nadęte bufony, lub kobiety o
nikłych szansach na wysłuchanie w domach. Było paru hipisów, ale nikt z nich nie
szukał tej, lub tego czynnika odpowiedzialnego za Piękno owych słów, obojętnie czyich.
Zgubi nas kiedyś powierzchowność, pęd ku piątkowi i
najebka w knajpie.
środa, 27 listopada 2013
to była różowa śmierć.
O poranku, właściwie,
człek jedynie myśli o drzemce, ma nadzieję, że może to jednak sobota. Ma
nadzieję, że nie musi wstawać. Ma nadzieję, że ktoś uklepie śniadanie… Tak
winien być poranek. Niestety mój taki nie był.
Gdzieś między piątą, a
szóstą rano, moje uszy poruszył dziwny dźwięk, dobiegający z czeluści
przedpokoju. Zignorowałam go zapadając w kolejną drzemkę. Ten dźwięk się
powtórzył, tylko tym razem jego nasilenie było znaczne. Potrafiłam już
zinterpretować owe dźwięki. To był kot! W szaleńczej gonitwie, tylko za czym? O
tym miałam się przekonać zaraz po tym, jak to coś, wpadło do mojej sypialni.
Minąwszy psa w kojcu, który poderwał się na cztery łapy ( prędzej ze strachu
niż ciekawości) wpadło to, ku mojemu przerażeniu, pod łóżko, za tym kot. Oświeciwszy
siebie, światłem jak i zaistniałą sytuację.
Dostrzegłam małe stworzonko, potocznie zwaną polną myszą. Ah małe to
było, takie ładne oczka miało, wyrażały przerażenie, panikę. Rozkruszyło moje
serce. Zapewniam, że tylko moje. Kot, czynił wszystko aby owe biedne
stworzenie, pozbawić życia, pogruchotać wszystkie kości. Dołączył się i pies,
uradowany, że w domu nowy lokator, przecież ten pies nawet roztoczom się kłania
w pas. W sumie mnie ta mysz, jakoś nie pozbawiła radości poranka, ale
widziałam, że jej koniec jest bliski. Zasmuciło mnie to, wypowiedziałam głośne
„o kurwa!” rzuciłam się pędem do drugiej sypialni, gdzie Pani Lucy mieszka,
pewnie w tym czasie śniła o jakimś mordzie, wszakże lubi;) Mówię ledwo dysząc :
„ Mysz mamy, znowu mamy, zrób coś!”, w odpowiedzi słyszę, zaspane : „dobra,
dobra, tylko się ubiorę” . Wypadła Lucy z sypialni, dodam, że w różowym
szlafroku, myślę sobie: ‘ mysz umrze, a śmierć jej będzie różowa’. Więc i ja,
za Lucy gnam do swojej sypialni. Lucy
pod drodze, zabrała ze sobą dość pokaźnych, rozmiarów kołek drewniany, zdążyłam
przełknąć ślinę z przerażenia. Myślę
sobie ‘kołkiem ją, życia pozbawi”. Na twarzy Lucy, widziałam pełne skupienie,
ocenia sytuacje, kalkuluje i mówi, właściwie nie mówi, to były prawie komendy :
„Zabierz psa, daj coś, trzeba uszczelnić drzwi, żeby nie uciekła, zamknij drzwi
za sobą i resztę drzwi też pozamykaj w razie gdyby się wymknęła” . Zamknęłam
drzwi. Nasłuchuje, pies też, jakieś głuche strzały czegoś, bliżej
nieokreślonego dobiegało do mnie. Zaczęłam rozważać los tej myszy, nigdy nie ma
tak, że nie ma czasu na analizę, rozważania. Dumam nad tym losem, że ona może
ma rodzinę, dom, patrzę na psa, pies sobie liże dupę, tak mnie natchnęło, a pies
sobie dupę liże! Okrutny zwierz, tam śmierć za drzwiami. A tu taka ignorancja.
Nagle bach! Jejku, moja lampka spadła, Lucy działa, pewnie z kotem ją zagania w
jakiś róg, drugie lżejsze bach! Hmm moje książki? Nieważne… teraz coś tam
bliżej drzwi… i słyszę Lucy jak krzyczy „ Kurwa w tym domu nawet na kota nie
można liczyć!” to był chyba świst, i wielkie potężne jeb… Wiedziałam, że to się
stało…ostatnią rzeczą jaką widziała mysz, tuż przed wejściem na „zieloną milę”
był róż szlafroka i cień kołka.
Aż zagram za jej małą
duszyczką : http://www.youtube.com/watch?v=ztPvDv8LVg8
Subskrybuj:
Posty (Atom)