środa, 27 listopada 2013

to była różowa śmierć.

O poranku, właściwie, człek jedynie myśli o drzemce, ma nadzieję, że może to jednak sobota. Ma nadzieję, że nie musi wstawać. Ma nadzieję, że ktoś uklepie śniadanie… Tak winien być poranek. Niestety mój taki nie był.
Gdzieś między piątą, a szóstą rano, moje uszy poruszył dziwny dźwięk, dobiegający z czeluści przedpokoju. Zignorowałam go zapadając w kolejną drzemkę. Ten dźwięk się powtórzył, tylko tym razem jego nasilenie było znaczne. Potrafiłam już zinterpretować owe dźwięki. To był kot! W szaleńczej gonitwie, tylko za czym? O tym miałam się przekonać zaraz po tym, jak to coś, wpadło do mojej sypialni. Minąwszy psa w kojcu, który poderwał się na cztery łapy ( prędzej ze strachu niż ciekawości) wpadło to, ku mojemu przerażeniu, pod łóżko, za tym kot. Oświeciwszy siebie, światłem jak i zaistniałą sytuację.  Dostrzegłam małe stworzonko, potocznie zwaną polną myszą. Ah małe to było, takie ładne oczka miało, wyrażały przerażenie, panikę. Rozkruszyło moje serce. Zapewniam, że tylko moje. Kot, czynił wszystko aby owe biedne stworzenie, pozbawić życia, pogruchotać wszystkie kości. Dołączył się i pies, uradowany, że w domu nowy lokator, przecież ten pies nawet roztoczom się kłania w pas. W sumie mnie ta mysz, jakoś nie pozbawiła radości poranka, ale widziałam, że jej koniec jest bliski. Zasmuciło mnie to, wypowiedziałam głośne „o kurwa!” rzuciłam się pędem do drugiej sypialni, gdzie Pani Lucy mieszka, pewnie w tym czasie śniła o jakimś mordzie, wszakże lubi;) Mówię ledwo dysząc : „ Mysz mamy, znowu mamy, zrób coś!”, w odpowiedzi słyszę, zaspane : „dobra, dobra, tylko się ubiorę” . Wypadła Lucy z sypialni, dodam, że w różowym szlafroku, myślę sobie: ‘ mysz umrze, a śmierć jej będzie różowa’. Więc i ja, za Lucy gnam do  swojej sypialni. Lucy pod drodze, zabrała ze sobą dość pokaźnych, rozmiarów kołek drewniany, zdążyłam przełknąć ślinę z przerażenia.  Myślę sobie ‘kołkiem ją, życia pozbawi”. Na twarzy Lucy, widziałam pełne skupienie, ocenia sytuacje, kalkuluje i mówi, właściwie nie mówi, to były prawie komendy : „Zabierz psa, daj coś, trzeba uszczelnić drzwi, żeby nie uciekła, zamknij drzwi za sobą i resztę drzwi też pozamykaj w razie gdyby się wymknęła” . Zamknęłam drzwi. Nasłuchuje, pies też, jakieś głuche strzały czegoś, bliżej nieokreślonego dobiegało do mnie. Zaczęłam rozważać los tej myszy, nigdy nie ma tak, że nie ma czasu na analizę, rozważania. Dumam nad tym losem, że ona może ma rodzinę, dom, patrzę na psa, pies sobie liże dupę, tak mnie natchnęło, a pies sobie dupę liże! Okrutny zwierz, tam śmierć za drzwiami. A tu taka ignorancja. Nagle bach! Jejku, moja lampka spadła, Lucy działa, pewnie z kotem ją zagania w jakiś róg, drugie lżejsze bach! Hmm moje książki? Nieważne… teraz coś tam bliżej drzwi… i słyszę Lucy jak krzyczy „ Kurwa w tym domu nawet na kota nie można liczyć!” to był chyba świst, i wielkie potężne jeb… Wiedziałam, że to się stało…ostatnią rzeczą jaką widziała mysz, tuż przed wejściem na „zieloną milę” był róż szlafroka i cień kołka.


Aż zagram za jej małą duszyczką : http://www.youtube.com/watch?v=ztPvDv8LVg8

1 komentarz:

  1. Pierwsza, hehe :))
    Czytałam to rano, ale cały czas widzę tą scenkę oczyma wyobraźni :D U made my day XD

    OdpowiedzUsuń