W opłakanym stanie jest każdy duch, kiedy napić się musi. To pewien rodzaj
nieustannego głodu, który próbujesz zaspokoić. Najpierw pojawia się myśli,
którą wszyscy doskonale znają… kontrola. Proces w którym wlewanie w siebie
procentu jest doskonały, on jedynie służy twojej ucieczce, rozluźnieniu,
przecież „ to się mi należy”
A później tydzień ginie, proces się pojawia na nowo. Jakaż jest różnica
między piciem codziennym, a piciem w weekend?
Żadna.
Jedni piją do odcięcia się, a to jest absolutnie genialna metoda. Pojmie
zapewne ją tylko ten, kto doświadczył tego głodu, tej radości tuż przed. Zwykle
zaczyna się to : niewinnym dążeniem do totalnego rozluźnienia. Po raz kolejny –
pojawia się magiczne słowo kontrola. To jest słowo klucz dla każdej z pijanych
dusz. Nam się zawsze wydaje, że stadia faz są czytelne, że się decyduje o
wszystkim. Jakże to płomienne, i naiwne „wydaje się”. Ta celebracja chwili,
nadawanie ideologii alkoholom, te opowiastki o tych alkoholach, te radosne
chwile, jak ludzie mówią: „ nie, nie wiedziałem, że to, że tamto…” a ty
zwyczajnie brylujesz do momentu odcięcia się. To jest ta faza…. Końcowa.
Ileż trzeba wypić, ileż lat…? By tak z sentymentem się z tym nie zgodzić?
Zawsze sobie mówiłam „ daj spokój, jesteś żulem, ale z klasą”. Nie jestem
żulem z klasą. Wybiegam z domu, uciekam z chat by się napić. Nie mam jeszcze
fazy na odcięcie się, mam fazę, na zabawne chwile.
Nauczyłam się pić sama. Zupełnie. Często śmieje się sama do siebie „ mam
najlepsze imprezy, sama ze sobą, z najlepszą ścieżką dźwiękową, nic nie
muszę….”
„ jak Ci zacznie wódka smakować to masz przejebane” mnie wódka nigdy nie
smakowała, pokochałam ją zupełnie przypadkiem. Imponował mi fakt, że ze
szklanki można pić. Dziś pije z butelki, szklanki są za słabe, za małe, i takie
że się ich myć musi.
Zabawne?
Ostatnia miłość- whisky. O niej kiedyś. Jeszcze wódki nie skończyłam.
a.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz